A czy Ty czytałeś ItaliAMO?

A czy Ty czytałeś ItaliAMO?

Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze studentką, młodą, niewinną, nieświadomą i pełną zapału, jedna moja koleżanka rzuciła pomysł, żebyśmy założyli czasopismo studenckie. Byłam wtedy tak strasznie szczęśliwa, że studiuję ukochany przedmiot, że gdyby mi zaproponowano kąpiel w basenie z dzikimi krokodylami mówiącymi po włosku, rzuciłabym się bez wahania. Naszym celem była promocja włoskiej kultury i języka włoskiego oraz studiów na naszym kochanym Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Założenie było takie, że dzięki temu studenci będą mogli rozwijać swoje zdolności w zakresie pisania i tłumaczenia.

No i tak jakoś dziwnie wyszło, że zostałam redaktorem naczelnym świeżo wyklutego czasopisma o chwytliwej nazwie „ItaliAMO” (dodam, że byliśmy pierwsi z tą nazwą, a nie ta seria produktów z Biedronki czy innego Lidla). Pominąwszy doświadczenia w podstawówce i gimnazjum, nie miałam w tej materii żadnego pojęcia o niczym. Wydanie pierwszego numeru było gigantycznym przedsięwzięciem, ku mojego zdumieniu zaangażowało się mnóstwo osób, ale większość chciała albo pisać artykuły, albo dokonywać korekty tychże, a cała najgorsza robota – ogarnianie sprawy, organizowanie drukarni, szukanie grafika i pieniędzy, za które można by to wydać, spadło na mnie i na inne najbardziej zaangażowane osoby, w tym moje bliskie koleżanki Kasię i Justynę. Miałam wtedy takie wrażenie, jakbym prowadziła rozpędzony helikopter nad wyjątkowo ostrymi szczytami gór. Prawdę mówiąc, największy problem był ze zdobyciem funduszy, gdyż uniwersyteckie systemy wspierania pracy kół naukowych są wyjątkowo skomplikowane, a nie byłam aż tak nienormalna, żeby do tego interesu dokładać. W końcu udało się nam uzyskać fundusze, niezupełnie z takiego  źródła, z jakiego chcieliśmy, ale grunt, że po długich pertraktacjach, negocjacjach, atakach płaczu i histerii, po nawiązaniu współpracy z zaprzyjaźnioną graficzką, udało się nam wydać pierwszy numer. Był wyjątkowo gruby, śliczny i różnorodny.

Szczęśliwa Caporedattrice.

Jeśli myślicie, że w tym momencie spłynęły na redakcję sława i chwała, miód pochwał i zachwytów, to się grubo mylicie. Oczywiście pochwały były, ale do dziś pamiętam, jak jeden z wykładowców wręczył mi przeczytany od deski do deski numer z zaznaczonymi na czerwono błędami (głównie literówkami – artykuły przeszły przez trzy korekty, a i tak nie udało się ich uniknąć). Jedna z autorek z kolei obraziła  się na mnie, gdyż jej artykuł został opublikowany na ostatniej stronie. Obiecałam sobie,  ze więcej się za to nie zabiorę i po paru dniach złamałam tę przysięgę i łamię ją  sukcesywnie od blisko czterech lat.

W ciągu tego czasu udało się nam wydać aż 11 numerów zwykłych i trzy numery specjalne (jeden z okazji 10-lecia Polski w Unii Europejskiej, jeden z okazji wizyty Umberto Eco na Uniwersytecie Łódzkim i jeden z okazji konferencji translatorycznej „Translatoryka i translacje”), co jest wyjątkowym osiągnięciem. Prawda jest bowiem taka, że praca nad czasopismem jest ciężka i wyczerpująca, a momenty kryzysu znajdują się co i rusz. Prosty przykład: uparłam się, że każdy artykuł musi przejść przez korektę native’a, co było okropnym błędem: znalezienie chętnych do tego zadania przekroczyło niemal nasze siły. Któregoś dnia omal mnie szlag nie trafił, gdy ujrzałam artykuły po korekcie native’a: miast poprawić błędy, Włoch po prostu napisał artykuły od nowa, tak jak mu się wydawało, że będzie lepiej. Odkręcanie tego z powrotem kosztowało wiele sił i nerwów. 

„Zacne czasopismo, milordzie!” – takim hasłem mój świętej pamięci kotek reklamował ItaliAMO.

Jak zwykle problemem są dwa czynniki: ludzki i finansowy. Możecie uznać, że to zwykła nostalgia i zrzędzenie w stylu „za moich czasów…”, ale faktem jest, że kiedy byłam studentką, nie było nigdy problemów z namówieniem ludzi do pisania artykułów. Moja skrzynka mailowa wręcz pękała w szwach od propozycji tekstów, ich różnych wersji, poprawek i dopisków. Również korekta działała jak złoto pod kierownictwem mojej koleżanki z roku, Alicji. Niestety, ta dzisiejsza młodzież, czyli obecni studenci, z niewiadomych dla mnie przyczyn odmawiają wszelkiej współpracy. Korekta, do której zawsze było najwięcej chętnych, składa się najczęściej z jednej, góra dwóch osób. Jest to szalenie frustrujące… chociaż zawsze jakoś udaje się zebrać teksty na pełny numer!

Czynnik finansowy też ma swoje znaczenie. Nie powinno się kalać własnego gniazda, ale muszę powiedzieć, że Uniwersytet nie jest specjalnie hojny w dotowaniu pracy kół studenckich. Bezustannie odmawiano nam pieniędzy z różnych przyczyn: a to zgłosiliśmy się we wrześniu, a trzeba było w styczniu, a to wyczerpały się fundusze na ten rok, a to się okazywało, że na 100 egzemplarzy gazetki trzeba by ogłosić przetarg (!) wśród drukarni… słowem,  kłody pod nogi rzucano nam na każdym kroku!

Do dziś mam uczucie, że dokonaliśmy, jak redakcja, pracy niemożliwej, osiągając sukces. Wydanie tych numerów to naprawdę nie w kij dmuchał, wierzcie mi na słowo. Faktem jest, że inne polskie italianistyki stawiają nas za wzór swoim studentom i „ItaliAMO” jest ogólnym przedmiotem zazdrości, szczególnie gdy rozdawane jest na różnych konferencjach i wydarzeniach italianistycznych: budzi wtedy duże zainteresowanie.

„ItaliAMO” jest dla mnie czymś bardzo specjalnym i bardzo bym chciała, żeby się dalej rozwijało. Najchętniej przekazałabym redakcję w czyjeś troskliwe i kompetentne ręce, żeby patrzeć z dumą, jak rozkwitają nowe pomysły, działy, jak pismo ewoluuje i przekształca się. Nie tracę nadziei, że kiedyś się to uda!

Jeśli macie ochotę zapoznać się z archiwalnymi numerami „ItaliAMO”, zapraszam pod ten adres: klik Miłej lektury 🙂

Aleksandra: kompletnie zwariowana na punkcie Włoch, włoskiego i wszystkiego, co się z włoskim łączy.